Jak się zasiedzieć, to w Chiang Mai

Zupełnie zasiedzieliśmy się w Chiang Mai. Miało być kilka dni, a zostaliśmy trzy tygodnie i szczerze mówiąc moglibyśmy jeszcze dłużej. Były plany zwiedzić więcej na północy Tajlandii: skoczyć do Pai, zobaczyć Chiang Rai, a może nawet zajrzeć na tydzień do Birmy, ale wszystkie konsekwentnie odrzucaliśmy czując, że nie chcemy się już nigdzie ruszać i to, czego szukamy, jest właśnie tutaj. Czasem warto odpuścić sobie zwiedzanie i gonitwę za zobaczeniem kolejnych miejsc, by zyskać coś zupełnie innego.

puchalski-2130

Chiang Mai to niewielkie miasto piętnaście godzin pociągiem na północ od Bangkoku, które kojarzy się turystom głównie z trekami po okolicznych górach i jazdą na słoniach. Byliśmy już tu raz w 2008 roku i zapamiętaliśmy je jako miejsce będące esencją Tajlandii, którą tak pokochaliśmy. Jego sercem jest „stare miasto” w kształcie idealnego kwadratu ogrodzonego resztkami historycznego muru i fosą. Sam „kwadrat” jest uroczą mieszanką licznych buddyjskich świątyń, starych mieszkalnych willi, rynków z jedzeniem i wyrobami ręcznymi, małych biznesów, hoteli, guesthouse’ów, agencji turystycznych, restauracji i kawiarenek. Otoczenie kwadratu jest równie ciekawe: na wschodzie mieści się China Town i liczne nocne bazary; na południu dzielnica willowa i mekka rzemieślników wyrabiających cuda w srebrze (tutaj mieszkaliśmy); na zachodzie uniwersytet i kolebka tajskich hipsterów z ekskluzywnymi butikami i nowoczesnymi kawiarniami/knajpami (jest nawet sklep sprzedający Vespy).

puchalski-1988

puchalski-1881

Obcokrajowcy odwiedzający Chiang Mai dzielą się na trzy kategorie: chińskich turystów, których jest tu najwięcej od kiedy hitem w ich kraju stał się film „Lost in Thailand”; młodych amerykańskich poszukiwaczy eko-organic oświecenia tłumnie odwiedzających zajęcia z jogi i medytacji; oraz wszelkiej maści backpacker’ów (głównie anglosaskich) chcących umyć słonia w rzece i nauczyć się gotować phad thai’a. My znaleźliśmy sobie niszę gdzieś pomiędzy drugą, a trzecią grupą.

Przede wszystkim czas spędzaliśmy na przejażdżkach rowerowych (wynajęliśmy rowery na całe trzy tygodnie), odkrywaniu nowych uroczych zakamarków miasta i chłonięciu jego specyficznej atmosfery. Kluczyliśmy małymi uliczkami zaglądając ludziom w podwórka i obserwując, jak żyją. Zajeżdżaliśmy do świątyń, by przyjrzeć się buddyjskim rytuałom, pięknej architekturze i przy okazji pogadać z młodymi mnichami-nowicjuszami chcącymi poćwiczyć swój angielski. Zajadaliśmy się obłędnym jedzeniem kupowanym głównie na straganach.

puchalski-6108

puchalski-5109

puchalski-2538

Co jakiś czas robiliśmy większe wypady za miasto. Raz odwiedziliśmy jeden z obozów słoni, by zabrać małego słonika z jego nianią słonicą na spacer. Innym razem zobaczyliśmy wieczorne safari w jednym z okolicznych zoo. Skorzystaliśmy z przewodnika, który poprowadził nas podczas wycieczki rowerowej po nieznanych zakamarkach Chiang Mai. Wynajęliśmy auto, by najpierw wjechać krętymi drogami na pobliskie wzgórze i zobaczyć popularną świątynię, potem pojechać 100 km na północ do Chiang Dao i zwiedzić ogromną jaskinię, a na koniec przybyć do gorących źródeł i wymoczyć się zdrowotnie pod wieczornym niebem.

puchalski-5491

puchalski-5792

puchalski-5768

puchalski-5813

Dość szybko wytworzyliśmy sobie swoją własną chiangmajską rutynę. Jedno z nas na zmianę wstawało wcześnie rano, wsiadało na rower i jechało na rynek po owoce na pierwsze (frutariańskie) śniadanie, na ogół wcześniej zahaczając o zajęcia z jogi. Potem już wspólna wyprawa na drugie (mięsne) śniadanie i następnie albo przejażdżka rowerowa, albo spacer po świątyniach, albo (jeśli upał był zbyt wielki) kąpiel w skromnym, ale uroczym basenie przy naszym guesthouse’ie. Obfity obiad jedliśmy w jednej z dwóch ulubionych lokalnych knajpek, któremu zazwyczaj towarzyszyła tajska kawa z lodem lub mrożona herbata (pani właścicielka już widząc nas w drzwiach wsiadała na motor i pędziła do sklepu po mleko sojowe :)). Popołudniu kolejna joga (Maja) albo masaż (Maja) albo zajęcia w świątyni z medytacji (Kuba) albo drzemka (Bronek). Wieczory spędzaliśmy na bazarach, gdzie przede wszystkim raczyliśmy się kolacją skomponowaną ze smakołyków zebranych z kilku różnych straganów. Zaś co weekend z ogromną przyjemnością przemierzaliśmy sobotni rynek (Saturday Walking Street Market), który rozkładał się na ulicy pod naszym domem, co czasem łączyliśmy z nieokiełznanym szałem zakupów (głównie kosmetyczno-odzieżowych).

puchalski-6039

puchalski-5922

Trzy tygodnie zleciały błyskawicznie i z pełnym przekonaniem czuliśmy, że moglibyśmy tak bez końca. Bronek poznał już wszystkie kąty i bez skrępowania witał się z daleka i przybijał piątkę paniom w hostelu i w restauracjach. My uwolniliśmy się na jakiś czas od planowania czegokolwiek, co spowodowało, że mogliśmy jeszcze bardziej cieszyć się odpoczynkiem i sobą nawzajem.
Tak sobie myślimy, że chętnie wrócimy tu szybko na następny spokojny i relaksujący urlop. Kto wie, może jeszcze w tym roku.

P.S. Pod tym linkiem można obejrzeć reportaż fotograficzny Kuby z Chiang Mai: https://jakubpuchalski.exposure.co/chiang-mai-northern-thailand

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.