Luang Prabang

Wyobraźcie sobie małe francuskie miasteczko, śliczne małe domki z kolorowymi okiennicami, wąskie uliczki, klimatyczne kawiarenki. Teraz dodajcie do tego świecące złotem i czerwienią buddyjskie świątynie oraz spacerujących mnichów w pomarańczowych szatach. Obraz dopełniają rynek świeżych produktów (warzywa, owoce, ryby, ropuchy i mięso) i nocny market z wyrobami ręcznymi (pamiątki, tkaniny, sztuka). To Luang Prabang – jedno z najbardziej romantycznych miejsc w Azji południowo-wschodniej.

Miasto opływają łączące się rzeki Nam Ou i Mekong, dalej otoczone polami uprawnymi, dżunglą i górami. Dostać się do niego można albo krętą górską drogą, albo łodzią (większość przybyszów korzysta z tej drugiej opcji). Poza post-kolonialnym charakterem i malowniczym położeniem, główną „atrakcją” przyciągającą turystów jest obecność wielu buddyjskich świątyń i klasztorów. Każdego dnia o wschodzie słońca mnisi w ilościach liczonych w setkach wychodzą na ulicę, aby zebrać ofiary (pożywienie) od wierzących.

Turystów jest dużo – Luang Prabang to najczęściej odwiedzane miejsce w Laosie. Nie tylko podróżników z plecakami, ale również miłośników pięciogwiazdkowych hoteli i kolacji zakrapianych drogim bordeaux. Z naszego punktu widzenia jest to dość kontrowersyjna strona miasta. Większość laotańskich mieszkańców prowincji Luang Prabang żyje za dolara dziennie ($1 musi wystarczyć na wyżywienie całej rodziny), a tu bogaci turyści z zachodu wożeni są luksusowymi starymi mercedesami przez kierowców w białych rękawiczkach.

Luang Prabang urzekło nas bardzo pomimo tego, że pasowało nam ono do reszty Laosu jak kawior do schabowego. Pierwsze trzy dni przeleżeliśmy niestety w hostelu z ostrym zatruciem pokarmowym (wziętym jeszcze z Vang Vieng). Leczyliśmy się rosołkiem ze straganów i gotowanym ryżem. Nie mogliśmy się doczekać, żeby w końcu wypić sprzedawane na nocnym rynku szejki Oreo (zmiksowane ciasteczka), napić się winka w jednej z romantycznych kawiarenek oraz zjeść sałatkę owocową na rynku świeżych produktów :). Zadomowiliśmy się w Luang Prabang tak bardzo, że wróciliśmy tam raz jeszcze w drodze powrotnej z naszych wojaży po północnym Laosie (kolejne posty :)).

m+k

Mnisi:
Mnisi
Mnich i parasol
Swiatynia

Post-kolonialne domki:
Post-kolonialne domki
Post-kolonialne domki
Post-kolonialne domki i dama
Post-kolonialne domki i mercedes

Rynek świeżych produktów:
Rynek swiezych produktow
Rynek swiezych produktow

Mekong o zachodzie:
Mekong o zachodzie

1 Response

  1. KasiaSz pisze:

    Obłędne te kolory na zdjęciach 🙂 Choć śnieg stopniał i u nas powoli też zacznie się robić kolorowo…
    P.S. Karteczka doszła do Hapowa! 🙂
    Dzię-ku-je-my! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.